Męskość, sprawczość… pandemia.

Rozmowa z Marcinem Grudniem, psychoterapeutą w trakcie szkolenia, wykładowcą akademickim i trenerem*.

Marcinie, prowadzisz warsztaty dla różnych grup, między innymi dla ojców i pracowników służb mundurowych. Od niedawna pracujesz również jako psychoterapeuta. Jakie widzisz różnice w tego rodzaju pracy z kobietami i mężczyznami?


Moje doświadczenie pokazuje przede wszystkim to, że mężczyznom trudno sięgać po pomoc. Zazwyczaj mężczyźni korzystają z pomocy terapeutycznej czy też z zakresu rozwoju osobistego wtedy, kiedy się już naprawdę źle dzieje, kiedy mają poczucie, że sobie nie radzą. Długo dojrzewają do decyzji, by wybrać się na warsztaty lub do psychoterapeuty, podchodzą do tego rodzaju wsparcia z pewną nieufnością. Kiedy już podejmują pracę nad sobą, niełatwo im dotrzeć do sedna problemu, to też zajmuje dużo czasu. Najczęściej na początku starają się te trudności wyśmiać, „zagadać”, zająć się mniej istotnymi sprawami. Korzystają z różnych mechanizmów obronnych znanych z życia – na przykład wchodzą w rywalizację z innymi członkami grupy. Wielu mężczyzn przychodzi z przeświadczeniem, że ich problemy są niewielkie i łatwo sobie z nimi poradzą, co nie zawsze jest zgodne z prawdą. Znaczna część pracy polega na tym, żeby w ogóle pozwolili sobie na zajrzenie w siebie, bo mają tendencję do lokowania źródła problemu na zewnątrz. Uważają, że odpowiedzialność za trudności ponoszą żony, partnerki, przełożeni, współpracownicy. Ojcowie nastolatek często trafiają do mnie z komunikatem „nie radzę sobie z moim dorastającym dzieckiem, ale wina tego stanu rzeczy leży po stronie dziecka” i musi minąć kilka, kilkanaście spotkań, żeby zmienili perspektywę. Jeden z uczestników naszych warsztatów świetnie to ujął, mówiąc: „przyszedłem tutaj po to, żeby zmienić moją córkę, a zaczynam pracować nad tym, jak zmienić siebie”.


Jak myślisz, dlaczego mężczyznom tak trudno przyznać, że sami mają jakiś kłopot?


Przychodzi mi na myśl stereotyp „chłopaki nie płaczą”. Teraz trochę upraszczam, ale to trochę tak, jak ze stłuczonym kolanem małego dziecka: boli, ale muszę wstać i iść dalej, nie martwić się, nie okazywać uczuć. Kiedy idziemy przez życie z tym schematem, to w pewnym momencie ból jednak się odzywa. Nawet, jeśli przyznajemy, że pomoc jest nam potrzebna, to w pierwszej chwili łatwiej zrzucić wszystko na niesprzyjające okoliczności, albo udawać, że to nic poważnego. Dopiero w kolejnym kroku może pojawić się gotowość na zmianę, prawdziwy rozwój.


Osoby, z którymi pracujesz w jednej z placówek, to członkowie służb mundurowych, u których przeciążenie emocjonalne spowodowało dłuższą niezdolność do pracy. Jest wśród nich znaczny odsetek mężczyzn. Być może gdyby zareagowali wcześniej na niepokojące sygnały, mogliby poszukać pomocy, zanim doszło do wyraźnego załamania. Na co mężczyźni powinni być uważni, dbając o swój psychiczny dobrostan?


Zanim odpowiem na Twoje pytanie, chciałbym powiedzieć o warunkach, w jakich ci mężczyźni funkcjonują. Mają bardzo obciążającą pracę, a z drugiej strony żadnego wsparcia, żadnego wzorca pozwalającego na korzystanie z pomocy. Jeśli ktoś przyjeżdża do oddziału na leczenie, zwykle nie mówi o tym nikomu, bo w pracy będzie uznany za osobę, która nie radzi sobie w życiu, ma poczucia bycia w pewnym sensie zdyskwalifikowanym. Dlatego w dbaniu o siebie ważne jest to, żeby zająć się sobą bez względu na to, jak może to oceniać otoczenie. Kolejna ważna rzecz, to przyjrzenie się temu, co się ze mną dzieje po wyjściu z pracy. Jeśli wracam do domu, a ciągle analizuję różne zawodowe sprawy, wydarzenia minionego dnia, to może być kłopot. Mężczyźni z grupy, którą prowadzę, często mówią: „Przez wiele lat mieszkałem w domu, ale właściwie nie miałem kontaktu z żoną ani z dziećmi, właściwie ich nie znałem. Po powrocie z pracy wszystko mnie drażniło: niepozmywane talerze, biegające dzieci, więc wybuchałem złością.” Jeśli funkcjonuję w ten sposób, to ważne, żebym to dostrzegł. I kiedy słyszę z otoczenia powtarzający się komunikat, że nie da się z nią wytrzymać, to jest jasny sygnał, że naprawdę potrzebuję pomocy. Że daleko mi do poczucia psychicznego dobrostanu.


Męskość kojarzy się zwykle ze sprawczością, zadaniowością. Jak myślisz, czy te wartości da się realizować we współczesnym świecie dotkniętym pandemią? A może trzeba je jakoś przeformułować?


To, o czym mówisz, to duży kłopot – dużo na ten temat słyszę od mężczyzn, z którymi ostatnio rozmawiam. Obszarem, w którym jako mężczyźni chętnie się sprawdzamy, jest aktywność zawodowa. Tymczasem teraz, jeśli pracujemy, to często jest to praca z domu, która wygląda zupełnie inaczej niż dotychczas. Część z nas traci pracę albo przeżywa lęk w związku z zagrożeniem taką utratą, a to nie sprzyja poczuciu sprawczości. Dlatego pewne jej przeformułowanie jest bardzo potrzebne. Ja sobie na przykład myślę o tym, że dobrą alternatywą jest sprawczość w obszarze bycia ojcem. To wymaga teraz dużego zaangażowania i kreatywności, bez względu na wiek dzieci. I stanowi duże wyzwanie, jeśli dotąd w niewielkim stopniu mężczyzna uczestniczył w życiu swoich dzieci.


A czego potrzebowali ojcowie, którzy „nie radzili sobie z dzieckiem” i zgłaszali się do Ciebie na warsztaty – jeszcze przed wybuchem pandemii?


Dużo pracowałem z ojcami nastolatek, którzy tak naprawdę potrzebowali odpowiedzi na pytanie, jak budować relacje z prawie dorosłymi kobietami. Nie przypadkiem mówię „budować” – bo nawet, jeśli to byli zaangażowani ojcowie w czasie, gdy ich córki miały kilka lat, to najczęściej później następowała jakaś wyrwa w kontaktach. Kiedy zaczęli dostrzegać, że tęsknią za tymi relacjami, mieli potrzebę, że by w ogóle o tym komuś powiedzieć, porozmawiać o tym w męskim gronie. Później zastanawialiśmy się wspólnie nad tym, w jaki sposób można na nowo stworzyć ten utracony kontakt. Na przykład okazywało się, że ojcowie funkcjonujący głownie w roli kierowców swoich córek (często słyszę o tej roli), chcą czegoś więcej, nie tylko wspólnej drogi na zajęcia czy na młodzieżową imprezę.


Jak ojcowie mogą pracować nad takimi relacjami?


Okazuje się, że niewiele trzeba, żeby uruchomić wspólne zasoby, znaleźć płaszczyznę porozumienia. Pytanie „czy odrobiłaś już lekcje?” raczej nie pomoże. Warto wejść w świat pasji, zainteresowań córek. To uczy obie strony kreatywności, ale też akceptacji. Na przykład nie wiem, czym jest hip-hop, w ogóle mi się to nie podoba, ale jednak staram się wejść w ten świat, zrozumieć dlaczego to może być ciekawe dla mojej córki. To jest ważne wychowawczo: czybędę namawiał córkę, żeby zajęła się czymś innym, czy jednak postaram się wzbudzić w sobie ciekawość, pomimo początkowej niechęci. Relacje z ojcami pozwalają młodym kobietom przyglądać się męskiemu światu z wyjątkowej pozycji.


Sam masz dwie córki. Jak wyglądają wyzwania czasu pandemii z perspektywy ojca?


Z moją starszą córką, która jest teraz w klasie maturalnej, mam kontakt na odległość. Nie widzieliśmy się na żywo już kilka tygodni, a ja mam poczucie, że kontakt za pośrednictwem technologii nie do końca zaspokaja potrzebę bycia w relacji. Dla mojej córki dużą niewiadomą jest tegoroczna matura – kiedy odbędą się egzaminy, jak będą wyglądały, co się będzie działo? To dla niej bardzo ważna kwestia, piszemy, rozmawiamy o tym. Chciałbym ją wesprzeć na odległość jak tylko potrafię, ale kontakt przez technologię ma swoje ograniczenia. Poza tym cierpię tu na brak tej sprawczości, o której mówiliśmy, bo nie mam wpływu na to, co będzie z maturami i sam nie wiem, jak to wszystko zostanie rozwiązane. Mogę wysłuchać, powiedzieć, że „będzie dobrze”, ale gdyby te matury odbyłyby się teraz to miałbym w tym poczucie, że nie uczestniczę w tym procesie w pełni, bo kontakt jest ograniczony. Wiem, że moja starsza córka przeżywa intensywnie ten czas izolacji, a ograniczony kontakt nie sprzyja zrozumieniu tego, co się dzieje. Moja młodsza córka ma 5 lat. Za miesiąc ma urodziny. Pewnie z udziałem przedszkolaków przez zooma. Smuci mnie to, że to wszystko tak wygląda. Jednocześniesamo bycie na bieżąco z potrzebami dzieci w tak różnym wieku stanowi spore wzywanie, które teraz, w specyficznych warunkach epidemii, staje się jeszcze większe. Wiem to nie tylko z własnego doświadczenia, ale i z rozmów z innymi ojcami, że teraz szczególnie w kontakcie z młodszymi dziećmi trzeba być pomysłowym, zaangażowanym, mieć w sobie dużo energii – a przecież siły i pomysły na zabawy kiedyś się kończą. Czuję znużenie monotonią i powtarzalnością. Ja też mogę mieć gorszy dzień, na mnie również wpływają medialne komunikaty. Ważne, żeby znaleźć równowagę pomiędzy okazywaniem swoich emocji a „radzeniem sobie”. Żeby móc być autentycznym, nie mogę być zawsze uśmiechnięty i silny, mogę też smucić się, złościć. Warto, żeby dzieci wiedziały, że i ja doświadczam różnych nastrojów – bo to buduje w nich zgodę na doświadczanie wszystkich uczuć, także tych trudniejszych. Z drugiej strony trzeba też znaleźć zasoby, żeby być dla dziecka, dbać o utrzymanie codziennego rytmu, funkcjonowanie w pewnych ramach, pomimo nietypowej sytuacji. A maile z przedszkola przychodzą o różnych godzinach…


Zdalne nauczanie daje się we znaki również rodzicom najmłodszych dzieci?


Jest duża presja ze strony przedszkola. Codziennie maile pełne ćwiczeń, kolorowanek, literek, ćwiczeń ruchowych. Z jednej strony myślę sobie – no tak, to jest potrzebne dziecku do rozwoju, teraz jestem jeszcze bardziej za ten rozwój odpowiedzialny… Dom stał się nie tylko miejscem pracy, ale szkołą i jedynym placem zabaw. A z drugiej strony – po co tego aż tyle, ja sam z tym wszystkim nie wyrabiam, więc jak może się z tym czuć moja pięcioletnia córka? Myślę, że w instytucjach takich jak przedszkola czy szkoły działa mechanizm, który polega na pokazywaniu za wszelką cenę sobie i innym, że właściwie jest normalnie, nic się nie zmieniło – więc dociskajmy mocniej. To na pewno pełni funkcję ochronną w kontakcie z trudną rzeczywistością, ale wiąże się też z nadmiernym wysiłkiem nauczycieli, dzieci i rodziców.


Rodzice, może nawet bardziej ojcowie, którzy często biorą na siebie zadanie objaśniania świata dzieciom, muszą im teraz objaśnić, co się dzieje. Jak to zrobić?


Ja nie mam tutaj dobrej odpowiedzi. Czasem wydaje mi się, że mówię za mało, nie tłumaczę. Trochę to wszystko sprowadza się do: „no wiesz jest taki wirus i on nam nie pozwala na to, na to, i na to”. Na przykład – nie możesz się zobaczyć ze swoją ulubioną ciocią, albo – możesz zobaczyć się tylko przez Internet. Takie rozmowy zaczynają się spontanicznie, najczęściej, kiedy moja córka planuje, co chciałaby zrobić. Mówimy wtedy – to świetny pomysł, ale nie teraz – i niestety nie wiemy, kiedy. Nie chciałbym też wspominać za dużo o wirusie, robić z tego tematu każdego dnia. Obawiałbym się tego, że moja córka nabierze nadmiernej nieufności do świata w ogóle. Powiem o jeszcze jednej rzeczy – bardzo dla mnie ważnej. Kiedy teraz wychodzę z córką na spacery, czuję duży lęk i poczucie winy, bo nie mogę jej pozwolić na normalny kontakt z dziećmi ze względów bezpieczeństwa. Na horyzoncie pojawia się drugie dziecko, a ja doświadczam sprzecznych uczuć, bo wiem, że moja córka jest towarzyska, żywiołowa, potrzebuje bezpośredniego kontaktu, ale też rozumiem sens obecnych ograniczeń. Ci drudzy rodzice też bardzo różnie reagują. To mnie boli, kiedy ona się odsuwa, inne dzieci się odsuwają albo mówią: „nie podchodź tak blisko”. Pojawia się wręcz automatyczna reakcja wycofania z kontaktu. Zastanawiam się, jak to wpłynie na relacje między ludźmi, między dziećmi po epidemii, jeśli potrwa jeszcze długo.


Covid-19 odsuwa nas od innych ludzi?


Tak, ale z drugiej strony może nas zbliżyć do samych siebie. To dobra okazja do tego, żeby przyjrzeć się temu, co dzieje się z naszymi emocjami, żeby nauczyć się to nazywać, komunikować osobom w swoim otoczeniu. I to jest właśnie ten wątek, do którego zawsze docieramy w pracy terapeutycznej z mężczyznami. Lekcja, w której teraz wszyscy uczestniczymy, może zaprocentować w przyszłości.


Mógłbyś podpowiedzieć mężczyznom, jak tę trudną lekcję odrobić?


Wydaje mi się, że szczególnie dla nas, mężczyzn, to jest dobry czas na to, żeby odpuścić tę sprawczość, która nam codziennie towarzyszy. Albo próbować zamienić obszary dotychczasowej sprawczości w inne, dotąd „mniej używane”. Ona jest dla wielu z nas bardzo ważna życiowo, osadza w różnych rolach. Ale teraz jest okazja do tego, żeby być autentycznym, zapytać siebie – czy ja przypadkiem nie stosuję jakichś mechanizmów, które utrudniają mi kontakt ze sobą? Zastanowić się, co tak naprawdę jest dla mnie ważne. Miałbym nadzieję, że do tych rzeczy będziemy się odwoływać po pandemii. Przyznanie się do swojej bezradności, złości, lęku, to zdjęcie maski. A dzięki temu, że pokazujemy się tacy, jacy jesteśmy naprawdę, możemy być bliżej swoich potrzeb i bliżej osób, na których nam zależy.


Rozmawiała Małgorzata Libman-Sokołowska


*Marcin Grudzień – pracuje w warszawskim ośrodku psychoterapii i wsparcia rodzin Plaster Miodu, gdzie prowadzi warsztaty dla mężczyzn i grupy wsparcia dla rodziców, w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie jako wykładowca akademicki oraz w jednym z podwarszawskich szpitali. Działa w Fundacji Masculinum. Dedykowane mężczyznom.

0 wyświetlenia

©2020 by Psychologowie dla Społeczeństwa. Stworzone przy pomocy Wix.com

  • Grupa Facebook dla specjalistów